Blog o perfumach. W oparach popkultury.

Jennifer Lopez – Glow EDT

O recenzję tego zapachu poprosiła mnie jedna z czytelniczek, wielka fanka J.Lo. Wcześniej miałam opory przed tym zapachem, ponieważ czułam, że zanosi się na prawdziwy jasminefest.


Glow sprawił, że Jennifer stworzyła jedną z najszerszych linii zapachowych wśród celebrytów i wytyczyła ścieżkę dla wielu innych gwiazd. Choć w kwestii najlepiej sprzedających się perfum celebryckich królową w dalszym ciągu jest niezastąpiona Elizabeth Taylor, to właśnie J.Lo ze swoim Glow jest w rankingu zaraz za nią. Dlaczego?

Przejdę do konkretów.

Na plakacie reklamowym widzimy J.Lo pod prysznicem. Ma delikatny, spokojny wyraz twarzy. Już wiemy, że można spodziewać się zapachu mydlanego, odartego z jakiegokolwiek erotyzmu. – Tak pomyśli kobieta. Podejrzewam, że mężczyźni patrzący na ten plakat mają zachwycić się pupą Jennifer i raczej spodziewać się, że zapach uczyni z ukochanej (obdarowanej tymi perfumami) największą seksbombę.

Nuty zapachowe:
Nuty głowy: grejpfrut, neroli, kwiat pomarańczy
Nuty serca: tuberoza, jaśmin, róża
Nuty bazy: drzewo sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, korzeń irysa

Uderzające jest to jak bardzo ten zapach jest równocześnie mocny i słaby. Z jednej strony  całkowicie przytłacza jaśminem, kwiatem pomarańczy i tuberozą. Z drugiej strony – nie oferuje nic ciekawego. Muszę przyznać, że zwolenniczką całkowitej dominacji takich kwiatowych aromatów nie jestem i niełatwo jest mi z Glow wytrzymać. Owszem, czuć delikatną różyczkę, a raczej jej liście, i jest też grejpfrut – ale te nuty znikają bardzo szybko, po 15 minutach.

Glow przypomina o zapachu świeżej skóry prosto po wyjściu z kabiny prysznicowej. I być może nie jest to złe skojarzenie. Ale zastanawia mnie to jak perfumy tak ‘białe’ mogą być pozbawione jakichkolwiek odniesień do elegancji.

Tuberoza i jaśmin przypominają o mydelniczce.

Po około dwóch godzinach Glow wtapia się w skórę i już na tym etapie nie będzie wyczuwalny przez otoczenie. Pachnie czysto, schludnie. Drzewo sandałowe próbuje lekko wyciszyć głośne kwiaty. I w ten sposób mydło zmienia się w balsam do ciała. Glow nabiera bardziej aptecznego, kosmetycznego charakteru. I tak właściwie pozostaje do samego końca, czyli przez jakieś 4 godziny.

Nie potrafię wytłumaczyć fenomenu tego zapachu. Rozumiem jego popularność w 2002 roku. J.Lo była wielką gwiazdą, kobiety chciały ją naśladować, więc Glow schodziło jak świeże bułeczki. Być może teraz to kwestia przyzwyczajenia?

Jeśli szukasz zapachu świeżości, uwielbiasz jaśmin, chcesz mieć w kolekcji zapach bliskoskórny – pewnie – zainsteresuj się Glow by J.Lo. Jeśli nie spełniasz ani jednego z tych warunków to możesz sobie darować ten eksperyment.

Tagi: , ,

Podobne wpisy


  • miałam i jak dla mnie.. coś okropnego, jeden z traumatycznych zapachów 😉
    za to lubię wersję tych perfum… LA, podobne troszkę do Fantasy Midnight od Britneyki

    • Cieszę się, że nie tylko ja je tak odbieram 😉
      A Fantasy Midnight uwielbiam 🙂

  • Ziu

    właśnie zdałam sobie sprawę, że nie kojarzę żadnego zapachu J.Lo, ale może to przez te flakony – okropieństwo. świeżych, jaśminowych kompozycji również nie przyjmuję zbyt chętnie, szkoda, szkoda.

    • racja – te flakony są same w sobie straszne.. i jeszcze obwieszone tymi "łańcuchami" 😉

  • Mam L.A. Glow i całkiem je lubię, faktycznie trochę przypominają MF Britney ale jednocześnie kojarzą mi się z limitowaną edycją Escady Marine Groove.

    • Ostatnio się pozbyłam Marine Groove. 😉

  • Anonimowy

    Dla mnie to też była trauma – migrena i mdłości. Zastanawiam się, jak to możliwe, by tak "blady" zapach mógł tak odrzucać. Ciekawe które składniki tak tu podziałały?

    • Ja myślę, że to kwestia jaśminu. Strasznie tutaj wypadł.