Blog o perfumach. W oparach popkultury.

Najgłupsze nazwy perfum

Przedstawiam Wam zestawienie najgłupszych, najgorszych nazw perfum.

Jak można sobie zasłużyć na miano najgłupszej nazwy?
Najgorsze to zazwyczaj te, które reprezentują skrajności. Albo są zbyt „wizjonerskie” i niezrozumiałe dla przeciętnego konsumenta, albo też zbyt oczywiste. Dotykanie tematu miłości, seksualności bardzo często owocuje beznadziejną nazwą perfum. Efekt jest albo bardzo prymitywnie naiwny, albo ekstremalnie obleśny. 

Oto moje typy perfum z najgorszymi nazwami:

Pierwsze 4 typy to klasyczne przykłady tego, jak można „przedobrzyć” z tematem seksu. O ile pierwszy – Pussy Deluxe – nie wymaga żadnego komentarza, to Sexual Star wywołuje u mnie niepowstrzymany śmiech, kończący się zakrztuszeniem. Aż się prosi, aby pomiędzy te dwa słowa wstawić ‚Porn’. Kto chciałby tak pachnieć? Kolejne smaczki, to Sexual Secret Men… Hahahaa!!! Co robią ci seksualni, sekretni mężczyźni? Czy to oni są sekretem, czy też może to, co robią? Sexual Sugar Daddy to już chyba szczyt beznadziejności. Powinny mieć dopisek „a woman/man will have sex with you”. Paris Hilton Just me for Men. Czyli – Paris Hilton Tylko Ja dla Mężczyzn. Bardzo sugestywne, obiecujące i całkowicie odpowiadające jej renomie. Perfumy marki biehl parfumkunstwerke należą do tych, które mają być już tak inne, niekomercyjne, odkrywcze, że ich nazwy brzmią bardzo… kiepsko. Al01, eo01? Mnie się to kojarzy dziwnie, z Excelem, nadawaniu ludziom numerków. Może przesadzam, ale do mnie to nie przemawia. Next!
 

Ah, Pilar & Lucy, nieustanna inspiracjo do całkowitej przesadności… Wiem – odezwała się ta, która nazwała swojego bloga w najbardziej dziwny, dramatyczny i… nieprzemyślany sposób. Tarcie gwiazd, Chodzenie na paluszkach przez komory księżyca, Wirowanie tym co dziewczęce… Ehh. Każde słowo, którym mogłabym obdarzyć te nazwy, będzie niewystarczające. Fancy Love, to już klasyk, z którego śmiałam się nie raz. Fancy, jako rzeczownik, to wymyślny, ozdobny, kosztowny… Miłość dla materialistek. Jedna z największych perełek – Baby Phat Fabulosity. O ile Baby Phat jest już tak abstrakcyjne, że nie zamierzam psuć intelektu, aby to wytłumaczyć, to Fabulosity nie przemilczę. Bardzo proszę, aby amerykańskie słowotwórstwo pozostawić mistrzyni fachu – Mariah Carey. Kimora, proszę, odpuść. Jeszcze zainspirujesz Dodę, aby nazwała swoje perfumy Zajebistwość Eau de Parfum. Patrzę na to wszystko i myślę tylko: NIE.
Jean Reno, to jeden z tych, którzy nigdy nie powinni byli wypuścić perfum. Do tej pory na to patrzę i myślę, że to jakiś żart. Wyobrażam sobie kobietę w wieku średnim, która straciła pracę, mąż ją zdradził… I stoi, biedna, na dachu jakiegoś budynku, chce skoczyć. Wtedy brygada, która ma ją od tego pomysłu odwieść, wręcza jej ten flakon i mówi przez głośnik: don’t do it, maam, Jean Reno loves you.

Insolence to pogarda, zuchwalstwo, bezczelność, arogancja… I o ile rozumiem wersję podstawową – może ktoś taki właśnie jest i się tym szczyci – to Kwitnąca bezczelność, jest już lekkim przegięciem. 
Here’s My Heart to jedna z najbardziej naiwnych, prymitywnych nazw, ale nie można odmówić jej pewnego uroku. Mimo wszystko – nie chciałabym tak pachnieć. Sam widok tej kobiety na plakacie mnie odstrasza. Ona taka rozanielona, natchniona – mogłaby wierszem śpiewać – a tam za nią stoi jakiś obleś ze złowrogim spojrzeniem. Jego intencje są oczywiste. Zamknąć tę rusałkę w domu, a potem jeździć sobie z kumplami na golfa, a z lady-friends na weekendy za miastem. Nie – nie jestem feministką.
Etat Libre d’Orange to mistrzostwo obleśności. Igranie ze skojarzeniami seksualnymi, religijnymi. Ja czemuś takiemu mówię nie. To całe wyśmiewanie zasad, promowanie całkowitej frywolności jest moim zdaniem bardzo niesmaczne. W życiu trzeba mieć wartości i zasady. Inaczej jest się zwierzęciem. A nazywanie perfum tak jak powyżej… No cóż, to nie budzi skojarzeń, a raczej wstawia obraz do głowy. Czy perfumy naprawdę muszą się odwoływać do czegoś takiego?
Lista jest otwarta, pewnie dołączą do niej jeszcze jakieś perełki.

Co myślicie o moich wyborach do tego zestawienia? Czego brakuje? Z czym przesadziłam? Piszcie.

Tagi: , , , , , , , , ,

Podobne wpisy


  • biehl perfumkunstwerke – kiedys mialam miniaturke jednego z nich, smierdzial przeogromnie, ale nawet nie moge powiedziec ktory to bo zgubilam sie juz na pierwszej literce 😀
    Jean Reno Loves You – najglupsza nazwa 😀 ale pewnie gdyby to Justin Bieber wydal perfumy o takiej nazwie to moglibysmy byc swiadkiem najlepiej sprzedajacych sie perfum 😀

    • Oooo tak, Justin na pewno by to sprzedał. Reno nie przekonuje 😀

  • rzeczywiście idiotyczne nazwy 🙂 niektóre opakowania też niczego sobie w kategorii głupie 🙂

    • O tak, opakowania też zasługują na tytuł 😀

  • O matko i córko o mało nie padłam – Sexual Sugar Daddy fuj fuj kto tego używa ?? 😛
    Co do Etat Libre d'Orange – ja wręcz przeciwnie – wprost uwielbiam ich skrajność, łamanie tabu, kontrowersyjne nazwy perfum oraz nieszablonowe łączenie składników, co nie raz daje tak dziwny efekt, że mój nos aż wariuje ze szczęścia 🙂 Uwielbiam tę markę 🙂

    • Ich zapachy to inna bajka. Mnie się nazwy nie podobają ;P

  • Błogosławiona nieznajomość języków – i sen spokojniejszy, i życie radośniejsze 😛 I po co było uczyć się angielskiego 😉 Zastanawia mnie po co sobie tak strzelać w stopę i kto wymyśla takie beznadziejne, idiotyczne nazwy. Nawet trudno mi wybrać mistrza, bo wszystkie mają niezaprzeczalny urok 😛 A na plakacie z Avonu wstawiłabym Lectera 😉

    • No tak, może czasami lepiej nie wiedzieć…?

      Lecter byłby idealny, a ta kobieta pewnie i tak by nie wyczuła zagrożenia 😛

  • Jean Reno, ulubiony aktor mojego męża. Kupię mu na urodziny i postawię przy lusterku w łazience, codziennie będzie sobie wmawiał, że jego miłość jest odwzajemniona, ha haha.

    • Dobre 🙂

    • Świetny pomysł! Takie dowartościowanie, że HEJ! 😀 Tylko flakoniki takie mało męskie.. ;p czego się nie wybaczy ukochanemu aktorowi?

  • Mairaus I i Ostatnia

    W większość nazwy mnie śmieszą, no może poza I Don't Swollow (WTH?!). Ale uwielbiam The Exact Friction of Stars i Tiptoeing Through Chambers of the Moon, choć przyznam, że bardziej pasowałby na tytuły piosenek.

    • Tytuły piosenek tak. Ale jakby mnie ktoś spytał jakie mam na sobie perfumy a ja bym musiała odpowiedzieć "Tiptoeing Through Chambers of the Moon "… To czułabym się jak idiotka 😀

  • Oj, uśmiałam się przy tym wpisie, nie tylko z samych nazw, ale i z Twoich komentarzy. Aż trudno zdecydować, która nazwa najgorsza. 😀

    • Dziękuję serdecznie za te słowa. Zazwyczaj tylko ja śmieję się z własnych żartów 😀

  • Anonimowy
    • Hmm, rzeczywiście. Kolejny udziwniony 😀

  • Dorzucę kolejny kamyczek do ogródka, to Opus Oils Dirty Sexy Wilde.
    Wśrod niszy to sobie mozna pohasać w tym temacie.

  • No to wszystko jasne z Etat Libre d'Orange…

  • Agnieszka Kochańska

    Czy „chamber” nie powinno być akurat tu przetłumaczone jako „komnata”, a nie „komora”? Oczywiście, nawet ta zmiana wyrazów nie ratuje tej nazwy 😉

    Poza tym świetny wpis. Szalenie ciekawe kwestie językowe – tworzenie nazw perfum to w ogóle musi być frapujące zajęcie.