Blog o perfumach. W oparach popkultury.

Dolce & Gabbana Rose The One

Uwielbiam klasyczne The One. Kocham te perfumy tak bardzo, że z wielką ostrożnością podchodziłam do ich młodszej siostry – Rose The One.

Osoby, które kochają słodycz i tę nieopisaną zmysłowość The One powinny podejść do Rose ostrożnie. Pomimo że od początku wiadomo, że te perfumy mają wspólny mianownik, to Róża wyrasta w innej tonacji. Przede wszystkim – Rose to zapach początkowo słodki i zbierający komplementy, jednak po godzinie wyczuwalny jest tylko dla mnie. Po pięciu godzinach nie czuję po nim śladu. Muszę jednak przyznać, że sam zapach jest bardzo kobiecy, pełen uroku i dobrych sztuczek.

Rose to nie od razu taka róża pełną gębą. Wszystko zaczyna się od kwaśnego grejpfruta rozdzierającego się na spokojne, ambrette, które pachnie wyjątkowo… erotycznie. Jak naga skóra. Dosłownie. Moment ten wyczuwam przez około minutę, więc łatwo go przegapić w codziennym zgiełku. Potem robi się już znacznie bardziej słodko. Liczi – rumiane, pulchne i jaskrawe toczy się obok dojrzałych czarnych porzeczek. Fuzja soków i rześkości uderza prosto w nos. W końcu wyłania się nasza gwiazda – róża. Jest bardzo powściągliwa, oblewa się rumieńcem kiedy słyszy komplement. Zachowuje się jak zawstydzona dama, ale w jej oczach widać iskrę. Wcale taka grzeczna nie jest. Roztacza słodką, uwodzicielską woń, ale brakuje jej odwagi, by nadać jej uzależniającą moc.

Rose The One może być świetnym wstępem dla kobiet, które chcą lepiej zaprzyjaźnić się ze słodkimi, kwiatowymi zapachami. Dla pań, które chcą silniejszych wrażeń – odsyłam do The One. The One Desire nie powinno zawieść fanek karmelu i tuberozy. Nie znam wersji L’Eau, ale z całej rodziny The One to właśnie Rose wypada dla mnie najsłabiej. Jak dla mnie – zabrakło jej charakteru, albo po prostu – jestem na nią za stara. Co nie zmienia faktu, że chciałabym ten flakon widzieć w mojej kolekcji. Pięknych zapachów nigdy za dużo. Mogę nawet wybaczyć tę słabą projekcję i trwałość.

Koniecznie przetestujcie je na sobie, same oceńcie. Od kilku osób słyszałam, że Rose to wielki killer, który utrzymuje się na skórze godzinami. Co edpholik to inna opinia.

foto 2 via:luxuryblog.org, foto 3 via: luxuo.com

Tagi: ,

Podobne wpisy


  • Ziu

    Od Rose the One zaczęłam swoją zapachową przygodę, także mój sentyment do tego zapachu jest tak wielki, że wybaczam mu każde najmniejsze niedociągnięcia. Na mojej skórze utrzymuje się bardzo długo, do 8 godzin – szczególnie moje włosy się z nim zgrywają. Jest subtelny, delikatny, ale przy tym niezwykle uzależniający. Przez pewien czas przechodziłam fascynację wersją Desire, ale szczerze mówiąc wypadły one już z mojej 'chciejlisty'.

    • Wcale się nie dziwię, że wybaczasz – szczególnie w takich okolicznościach 🙂
      Aż 8 godzin! To jest coś. Szkoda, że mnie tak Rose nie lubi 😛 Pewnie wyczuła, że kocham bezwarunkowo podstawową wersję 😉
      A z Desire muszę pochodzić, może w lutym i wtedy zapadnie werdykt 😀

  • Miałam podobne wrażenie, kiedy Bulgari wprowadził różana wersję "Rose Essentiele" swojej słynnej Bulgari pour Femme. A potem zmienilam zdanie.

    • Jeśli chodzi o Bvlgari to ja mam wielkie braki. Znam może, 4 zapachy tej marki 😉

  • Jestem sceptycznie nastawiona do wszystkich odsłon The One, bo pierwowzoru bardzo nie lubię. Zresztą ja w perfumach uznaje tylko różę tzw. konfiturową innych nie lubię.

  • Anonimowy

    Dla mnie pierwszy The One od D&G pachnie jak tani zapach celebrytów, ponieważ jest za słodki i zdecydowanie brak mu wyrafinowania dawnych zapachów. Te perfumy wpisują się we współczesne trendy zapachów słodko-owocowych. Ale jestem tolerancyjna, jeśli ktoś go lubi, to ok. Natomiast nie mam zdania o Rose the One, mimo że go znam. Ale raczej powiela schematy popularnych, różanych perfum ostatnich lat. Bulgari pour Femme – jeden z moich faworytów.
    Ewelina

  • Anonimowy

    Podoba mi się to jak ją oceniłaś. Nie wszystkie róże muszą być charakterne i dawać po nozdrzach, nieśmiałe na półkach są mile widziane dla zaprzyjaźnienia się.

    Wojownicza K.