Blog o perfumach. W oparach popkultury.

Bvlgari – Omnia Indian Garnet

To moja wina. Jak zwykle – wymalowałam sobie w głowie wizję idealnego zapachu – adekwatnego do kuszącej nazwy “Indian Garnet”. Spodziewałam się czegoś głębokiego, przemyślanego. Wizji, wrażenia, lub zwykłego skojarzenia.

Początek był dla mnie drażniący – nieokrzesana świeżość mandarynki i pomarańczy skrzyżowana z szafranem. Bardzo “koloński”, pospolity. Po kilku minutach wyparowało wszystko, co można było posądzić o charakter, a na skórze pojawiły się bardzo zmęczone, znudzone i strudzone nuty. Czy to osmantus i indyjska tuberoza? Nie.

Omnia Indian Garnet to Indie z supermarketu.

W sercu tego zapachu znalazła się herbata Saga. Najbardziej bezpłciowa i wybitnie pozbawiona aromatu. Moje wielkie nadzieje, że ten stan przeminie, były niespełnione. Indian Garnet nie dysponuje żadną projekcją, utrzymuje się do 4 godzin. Ta herbata paruje, coraz delikatniej, jakby z jednej torebki chciano zaparzyć ją całej rodzinie.

O nie, nie. To nie są Indie. Bvlgari, jak możesz?

Obiecane nuty:
Głowa: pomarańcza, mandarynka, szafran indyjski
Serce: indyjska tuberoza, osmantus
Baza: ambra, nuty drzewne

foto via fragrantica.com

Tagi: ,

Podobne wpisy