Blog o perfumach. W oparach popkultury.

By Kilian – Love, don’t be shy

love_dont_be_shy_kilian_perfume

Love, don’t be shy to perfumy, które ekscytują każdym swoim aspektem. Zacznijmy od pięknego opakowania. Perfumy zamknięte są w pięknym pudełku, do którego dołączony jest kluczyk. Jeśli ktoś lubi takie rytuały zamykania i otwierania skrzyneczki, by dostać się do odurzających eliksirów, to może być zachwycony! Ja jestem zbyt praktyczna i nieromantyczna, by to praktykować, ale pięknie lśniące pudełko z literą K zdobi moją półkę, gdzie trafiają rzeczy na które lubię patrzeć.

Nazwa tych perfum intryguje. Miłości, nie bądź nieśmiała. Czy te perfumy mają być zaproszeniem do łóżka? Czytałam kiedyś o tym w jednej z recenzji tego zapachu (chyba na Fragrantica.com, ale nie dam sobie głowy uciąć za to) i pamiętam, że parsknęłam śmiechem. Wiecie, te wszystkie nazwy perfum marki Kilian bywają niepokojąco sugestywne. Może i jestem staroświecka, ale wolę aby zapach miał “zwyczajną” nazwę, ale jego treść i historia namalowana na skórze przyniosły swoje własne skojarzenia. To trochę jakby ktoś mi nakazywał, że jak będę pachniała Good girl gone bad, to mam być niegrzeczna, a jak się psiknę Love, don’t be shy to mam być bardziej śmiała. A ja muszę na przekór. Idąc jednak w stronę 30 roku życia ponoć powinnam się wyluzować, i tak zrobię. Nie czepiam się nazwy tych perfum.

love_dont_be_shy_kilian_perfumy

Barwa tych perfum najbardziej przemawia do mojej wyobraźni – taka ciemno pomarańczowa, pod słońce malinowa… Im ciemniejszy sok, tym bardziej chcę go poznać – taka moja zasada.

Ale co w samym zapachu mamy? Ucztę dla miłośników perfum gourmand. Jeśli dobrze czujecie się w słodkościach, to Love będzie pozycją do obowiązkowych testów. Pomyślcie o każdym słodkim pachnidle, które Was zadowalało, ale brakowało mu tego WOW, czegoś więcej. Dla mnie Love to zupełnie inny wymiar gourmand.

Wyobrażam sobie neroli w formie pudrowych cukierków. Wyraźnie czuję cytrusowy niuans przykryty słodyczą karmelu. Bardzo subtelnie przeplata się bergamotka z kolendrą, jednak po kilkunastu minutach również pokrywa je karmel. Pozostaje zaskakujący efekt. Dla mnie Love, don’t be shy ma w otwarciu zapach podobny do pasty do zębów dla dzieci. Niby świeży i delikatnie mentolowy, ale oczywiście pachnie truskawkowymi cukierkami, by bardziej przypodobać się maluchom. Cudo!

Wyobraźcie sobie róże, jaśmin i wiciokrzew tak miękkie, tak bajecznie plastyczne, że nic tylko je wymiętosić i odurzać się ich wonią. Otóż dla mnie ktoś zamknął je w ciemnym i ciepłym pomieszczeniu. One oddając z siebie najpiękniejszy możliwie zapach idealnie połączyły się z wanilią, dopełniając karmelowy krajobraz. Kwiatowo, słodko, mrocznie.

Baza tych perfum pachnie bardzo słodko. Cukier i wanilia powolutku wypierają karmel i – wymęczone po wielu godzinach trzymania innych nut w ryzach – spoczywają na piżmowym posłaniu.

Ach, cóż to jest za pachnidło! Jeśli jeszcze go nie znacie, to gorąco polecam poznanie. Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania. Koniecznie piszcie, jakie macie wrażenia. Projekcja i trwałość tego pachnidła są fenomenalne. Lawina komplementów, miłe samopoczucie i obecność zapachu na co najmniej 9 godzin. Jestem bardzo zadowolona z tych perfum. I chyba moim kolejnym Kilianem będzie… Good Girl Gone Bad!

A co Wy myślicie o tych perfumach?

Tagi: , ,

Podobne wpisy